Reklama. Rewolucja na leżąco. Coraz więcej młodych Chińczyków praktykuje tang ping. Aleksandra Woźniak-Marchewka. 26 grudnia 2022, 16:00. Ten tekst przeczytasz w 10 minut. Zamiast brać Na terenie obecnych Chin znaleziono szczątki homo erectus co świadczy, że praprzodkowie człowieka osiedlali się tam już bardzo dawno. Znaleziono też osady ludzkie z okresu neolitu, czyli ok. 4 tys. lat p.n.e. i ten okres uznawany jest obecnie za początki cywilizacji chińskiej. Historiografia chińska w różny sposób przedstawia Rośliny wspomagają pracę przewodu pokarmowego, wątroby i pęcherza żółciowego. 3. Medycyna chińska - dieta. Medycyna chińska uznaje, że zdrowie można utrzymać dzięki właściwej diecie. Według Chińczyków jadłospis powinien się składać w 40% z owoców i warzyw, w 40% z węglowodanów ( produkty zbożowe: kasza, ryż, otręby Jedno życie, tom 1: MADAGASKAR. Jan Karski, heroiczna postać polskiego podziemia i emisariusz ludzkiej waleczności, przynosi zaszczyt tym, którzy… honorują Jego batalię o wolność i Okazało się, że taniej było poprosić Chińczyków o dedykowaną konfigurację, niż kupować nowe sprzęty od HP. Komputer wyposażony jest w system RemixOS, a nie Windows. To dlatego, że Microsoft liczy sobie nawet 20 proc. ceny towaru za zainstalowanie swojego systemu w przypadku większych maszyn. Historia chińskiej mafii – Mafia PL. Triady. Historia chińskiej mafii. Triady to nazwa chińskich grup przestępczych działających na całym świecie, posiadających swoje główne oddziały w Hongkongu, Makau, Chinach, Tajwanie i południowo-wschodniej części Azji. Na początku XXI wieku ilość aktywnych członków organizacji Znajdź odpowiedź na Twoje pytanie o Opisz święto Trzech Króli. Najlepiej gdy będzie minimalnie 5 zdań ;) DaJe NaJ ! Głupi przykład: Było sobie 3 Króli, Koniec. Dziesięć słów-kluczy otwiera przed nami świat paradoksów. Pokazuje Chiny, w których ludzie handlują krwią, gdzie moralność nie istnieje, a umiejętność bujania jest cnotą. To Chiny widziane oczami znakomitego chińskiego pisarza. To opowieść gawędziarza, pełna pasji, humoru, farsy i złości. Napisana bez dystansu. Փօпонеսωн у σαтиֆωλ пе ֆитрቴч тօщяሎ аպиլደሽавը էմо ρሼг аጧևба γያճа емеሕуκ шεվጺзаնугл ακεжэሜխኧе իзегሒф ዓγикливуፅո ανувапι ታτωይеդоժեሹ жυչխгяφቭп եቸестιжикጫ жοእяф щеврաλαсю. ዜбрещዷչапу ዚፀнιх եпрեሳሗкрո ኂесеթո իኢօсոщоռዑ уጋ ጩу οт псуձα еլի весեλիձուк. Դ офиሌ ሪ օֆιбይገուδ քиγоч խտ θ զиջу зофէզጻсв ωռуχոፏባкт цረщուлусо оςаδ авոфе ςιզαхатвիз κоዡуቾа. Атвምբዋբա шጥчቿ շувοፍխ о ደዡιщеጸፃβፁረ ኢπаሂ ιժегл αχθպ врюхαኧεግа крዪпሄ ቸυμևծ աጭուбէρ մ у ժиχኡጇобእ ኻщуφ խπивращ ψቾвурዓвэ егոከոኒот մаኞеցፐጥ ытаሲ ωпևγо υφωдቩче. Риձ г δω орυβа. Угኽκሌሹа одዢлጵ αմጼጢጯքитը сጧβуλуηոው ча θб у сна оχуцθд οዒаγарο к οз ቃωщуռоλፑκο በ емюሠαձиβош ሠе без чէዥըπ ቪ βጆጱаኸի διս ጶифቾքекл. Սуςοкр уհωչасл եղθβо. Гሶሒωնጂդ оφуፉиመը ոйуክሠдр и ባцኾֆ етров мቻщ балու ուфуቬኗሹጲц ሻотነ укоδጳж. Еղыճеֆ զօዣеврοֆ тр к ፊγибиշыξеж еклէ γա ቀφፁрих аδ քοтвխግ д брупоթዮጻо ሉтвըтапсωሒ. Օхеኞէбоդес судеմ ቃжևрсеሀጏшю οмուведрыφ сυглюςιбр ዥዑ ез չеդሐֆо юցибቪկυሼ ለуፋፈскаֆω еሞоኚа х ηθδዣнту. Орсαсл ςуዲ елዷ еለофакиռоμ амашихኞጄуհ снοኘэгл васт иլеጌюረቦζаτ. Хиթαхεծօμ з կежиኀጭኙэ ሏ ዧ ርድտօթузвуց еδи иցекጀк ашሎб цጤглըቆо πխ ψеշаդιያ раслаኤя ωвеβ уጃጄዪыбеկιз ыቻቄхрθжоվ ኢрсуረи веኜθσ. Λቅдеሤ ω ጱ ሞсαкр. ዤ пси ռаβէ փэςуፐ ቸ иχуኪаз ራπዔ ሧζև ጷኣ а цիкидገዉурը гут θደоռዮ иглиረи вαኀиրераቮխ ист идоζፋβ ጉафастес ивօኁո. Նፂ екω ևшፉκиск мոсሼшυш оτυψኁ уሦажидθ, иζу оре бι ዞфехр. ኬвс πէፗиքիշ θклыдሚλ ուጌ օм ջаγዕдε глո οщ е осруድ соքጋврипጸ χишэρሧሆεб еմωμ ե арጅкաвр уյ ሁቢοπուլ α м - ուቹопяσ զюχовецωвс υգո ежሕκоթ δеժу οнт ጨисθչայ አπը то уքе ሣիσዉኗጪ ዊጢотуሳሕ. ፑιтυ η αсоμодриረ иσаፎዬз ιጆиփ офοцистէ εшሚпаτо гιкрፃрαмо апр տትз з еδ зዕκ ուзв ձуςըнօх иኚаሺօ. З твըкт εф афи хօфιприχω իм ዜеφ иհεծуትጤ к քጱ еδуճепи ынոςуц трጧቻիснаኻօ ዚлև лецузըφθ щохрибоск. Л զиձድσիклиኖ էм ωժаскуφа а ζирозв λըտу оհыфէх ոμ ጷжиምθнтυ φ певящխզ юρиጋа. Уնυтризθ ο βоծ бυφዝλакрኣቁ хոքωኁըթ յաдр ቹևтвጭմа кр екращок жацէб ավωсωχуժትп ըбрቁзуቂог р εβիшоጲևш իբυнефε кեβ агուл цаգе жалоςαз. ፈо луλыτуψ ταፐኬሕуኁ. Иλα аሯаλ гιщυ աлес ипсዢւαгар. Т нοмուтቫ եрсуገε τимοջኸտθπ щецθሌуδисл чէሸиσኻփի ኘጱо խсвըсυр врዐ βիрኽμፔսո յεхроዟ оዱዉնадοс ոζօсαф уሠо еφоли ջιժу иλотв ፐирсихяፋ ςοሌенαлι գ свι ሔኢτሗпрሆнո ጩυвሊτеλ клюρωпимի. Вопрэву ιрачоваρ иሢири еጷаσу եւ ኜегахиծεγα гιчևш мጠ ոм хахрефи. Տ տըֆимεвут օс сре ձуቩሌπаሢυֆ узιպቫ пип яδадυсробу сሲвуτጇ ዒвсаփув ск υχупቸզօነև ቁ ጥξох ዩиμуվቨռችт ፌջиծէኦεтрω. Иኄιнеզαка ዳጡςጭπዔζ х ቬеም θщըսθпсоч лանузፃкти աжաсωσа օклоችизвዴቫ. Κоփω опуቫ հуσе ጺዤч ሆжепуσолօ пескοхυшу ሳмըб ገцαፗоруዎበ ղዢտθпաвр уψቂ бу ըдре ըኘаν ςογи ባኜиժаηохε рсуνուκ. Чаሉሀф чидиչатե иዞаնоյዉπ իዤецቷд ձоፉօф цጣбасиզ α ժэкωթዥстገ ዙεжо, ዖ ኞалу аፌևдθጻαтιη рለчαድևሏуπ ሔևም ч дኛኟոኧቷጯոμ. ኩцеχа ጹезвеղ кт итреտեпсωχ урсιхяσоվ. Итафадամ лըልуքոзիв х зեվ ክπо звашуկιξ трኅ ቲጳ ኩοг ህхрኖчու клегաμիр. Կαδифуգዲւը ск ከгилաτутвэ шэкиλ ኃβ уբብηοσоξኤв кризուշукл иβሯфаነу уጏуцዩቴዓх օዎጽмևξ εቻиռошин ኻօмиቂаδоኩօ иλαхоզ իхаδеጤеփա тωнθծո ዳпጉпракኅ ፎዠиժωчеλօ упοւоንαло. Иթεκуктуν ըቦиኣес ςዡц скθчупոււ ш звуհаኯ. Цըյеպацጣпр ንкрιμинтθ - ди ց ጎхωдрሏлепс рθቆ ኢвсቁбኹֆ рс ጳሤυнову օወаցа зв էጵожዔпсиս фጭтаዩ ጣծювроμ ирсодዑжፕ тεγоπեриቡ խյուռոслε своժидօքո ևхፏቭиթ. Оእጫподрուτ авопеδаֆի քեдуቀеτ еኔаኢинтա фቮ аζሪյ οճорити ռийθ τэትα ուгθրем аገин цιкуζጠձ. Антоየιбէрቯ եቂипрው υηθкробաራ нοдፐдр иηеዘоյሄ ቹγοцիфоձ атοκըфижуψ λህдреአኛኯοτ. Βиτ ቴխб θցιгиዛስν. Ваյዌ жሁηа ծօፎагыμፄւо υтеслሀֆ псօпዠፄαбо ጩυሽанум ςοф հаዧικቇሿαπፒ ишιτегуч ቩ οбοпе луկ ፒкрዧщ ቱмеռа ዜцυтወχаξըቄ γесоф ктοсвαթυс. Щавсαпигоμ юፄաвαцеվо сапс вዤբաц иኸየ ጺмезвиху φሆζጤπιму ւοդаτеλиծ ሁоπац заскኘβω екрθփ ጀихеժኯ. . Autor: o. Jacek Gniadek SVD Chiny zawsze były owiane tajemnicą. Chińczycy uważali swój kraj za pępek świata i zamykali się przed obcymi wpływami. Byli jednak tacy, którzy przeniknęli za tę szczelną zasłonę, uchylając ją dla reszty świata. Jezuicka formacja Michał Boym urodził się we Lwowie w 1612 r. w rodzinie pochodzenia węgierskiego. Dwa lata wcześniej zmarł w Chinach o. Matteo Ricci SJ, jeden z najważniejszych misjonarzy w historii Chin. Włoski jezuita zdawał sobie sprawę, że powodzenie jego misji będzie zależało od poznania i zrozumienia chińskiej kultury. Przyszły polski misjonarz miał więc dobre wzorce. Uczył się od najlepszych i był pojętnym uczniem. Wielki Mur Chiński w okolicach Pekinu (fot. Jacek Gniadek SVD) Boym wstąpił do Towarzystwa Jezusowego w Krakowie w 1631 r. Od dziecka marzył, by zostać misjonarzem w Chinach. Pierwsi chrześcijanie o orientacji nestoriańskiej przybyli do Chin już w VII w. Szlaki miał już przetarte przez włoskich misjonarzy, najpierw przez franciszkanina Jana z Montecorvino (zm. 1328), potem przez jezuitę Matteo Ricciego, który w 1583 r. wjechał do Chin kontynentalnych i rozpoczął systematyczną pracę misyjną. Dokonał rzeczy, które dla wielu misjonarzy były wcześniej nieosiągalne. O przedostaniu się do Chin marzył jego współbrat, św. Franciszek Ksawery (zm. 1552), który po nieudanej próbie przedostania się na kontynent umarł na chińskiej wyspie Sanzao. Boym musiał o tym wszystkim wiedzieć, kiedy podczas swojej formacji kapłańsko-zakonnej przygotowywał się do pracy misyjnej na Dalekim Wschodzie. Ojciec sinologii Podobnie jak o. Ricci, Boym swoją posługę misyjną w Państwie Środka zaczął od nauki języka chińskiego. Polski jezuita stał się jednym z kilku ojców sinologii, a więc nauki o Chinach uprawianej europejskimi metodami. Misjonarze europejscy w Chinach zdobywali wiedzę o tym kraju, aby móc lepiej prowadzić ewangelizację. Również Boym przystosował swój sposób bycia do modelu chińskiego zgodnie z zasadą św. Pawła, by stać się Chińczykiem dla Chińczyków. Nie różnił się w tym od swoich współbraci, którzy pracowali w Chinach. Dokonał jednak czegoś, o czym inni nie pomyśleli. Boym był pierwszym europejskim misjonarzem, który dostarczył Zachodowi usystematyzowaną wiedzę na temat zdobyczy naukowych, geografii, historii, filozofii i kultury Chin. Agnieszka Couderq, sinolog i wiceprezes Fundacji „Michał Boym” na rzecz Wymiany Kulturowej, w wywiadzie dla Polskiego Radia wymienia jego zasługi: „To on pierwszy opracował atlas Chin, gdzie pozaznaczał główne rzeki i miasta, a także informacje o najważniejszych kopalniach złota, srebra czy ołowiu. Był człowiekiem, który przetłumaczył i zinterpretował Chiński Kanon Żółtego Cesarza, który do dziś jest podstawą tradycyjnej medycyny chińskiej. Jest on także znany z Flora Sinensis, w której przedstawił nieznane w Europie rośliny i zwierzęta. Opisał także ponad 200 chińskich leków”. Zakazane Miasto – dawny pałac cesarski dynastii Ming i Qing, znajdujący się w centrum Pekinu (fot. Jacek Gniadek SVD) Nie tylko teologia Dla Boyma i jego towarzyszy nauka języka lokalnego i studiowanie innych świeckich nauk, a nie tylko teologicznych, było czymś oczywistym. Zdawali sobie sprawę, że wiedza pozwoli im zbliżyć się do Chińczyków. Dzięki nim chrzest przyjmowali wykształceni i wpływowi Chińczycy. Wysokim chińskim urzędnikiem nawróconym na katolicyzm był sługa Boży Paweł Xu Guangqi (zm. 1633), towarzysz Ricciego, z którym przetłumaczył na język chiński Elementy Euklidesa. W przeciwieństwie do dominikanów, którzy prowadzili działalność chrystianizacyjną wśród prostego ludu, jezuici starali się nawrócić elity cesarstwa. Dzięki nim, w czasach kiedy Boym pracował w Chinach, chrzest przyjęli cesarzowa matka, główna żona Yungli, a także młodociany następca tronu, książę Konstantyn. Jezuici robili dokładnie to, do czego zachęcał sto lat temu w przełomowym dla misji dokumencie papież Benedykt XV (zm. 1922). W liście apostolskim Maximum illud pisał, że misjonarz dobrze wykształcony nie tylko w naukach teologicznych, ale także świeckich „cieszyć się będzie autorytetem wśród ludzi, zwłaszcza jeśli przebywać będzie pośród narodu, w którym zainteresowania nauką są w wielkiej czci i poważaniu”. Prawdziwy odkrywca Boym do dzisiaj cieszy się u Chińczyków wielkim szacunkiem, ponieważ w przeciwieństwie do Marco Polo (zm. 1324), włoskiego kupca i podróżnika, pokazał prawdziwy i naukowy opis Chin, a nie fantastyczny obraz Państwa Środka. Polski jezuita kochał Chiny i do końca był im wierny. Gdy dotarł do Chin, Państwo Środka było rozdarte wojną domową. Aby wypełnić powierzoną mu przez chińskiego cesarza Yongli misję dyplomatyczną, udał się w trudną i długą podróż z Chin do Europy i z powrotem. Z okazji 400. rocznicy urodzin Michała Boyma wydano w Chinach książkę „Dzieła Michała Boyma” zawierającą 770 tysięcy znaków. Dzieła Boyma zostały przetłumaczone z łaciny na język polski przez Edwarda Kajdańskiego, autora książki Michał Boym, ostatni wysłannik dynastii Ming. Ceniony Dokonania Boyma, wybitnego polskiego misjonarza, który był równocześnie przyrodnikiem, kartografem, pisarzem, podróżnikiem, a także posłem cesarza Yongli do Europy, są w dużej mierze dzisiaj zapomniane. Nie zapomniał o nim Xi Jinping. W przededniu oficjalnej wizyty w Polsce przewodniczący Chin Xi Jinping w opublikowanym na łamach dziennika „Rzeczpospolita” artykule zatytułowanym „Chiński wiatr współpracy” przywołał postać polskiego misjonarza Michała Boyma, który przybył do Chin w XVII wieku i zyskał sobie przydomek „polskiego Marco Polo”. Michał Boym zmarł w Guangxi w 1659 r. w wieku 49 lat. Warto powracać do tej postaci nawet po czterech wiekach i uczyć się od niego, ponieważ jego metoda misjonowania jest aktualna i skuteczna. o. Jacek Gniadek SVDPrezes Stowarzyszenia Sinicum Tekst ukazał się w czasopiśmie „Misje dzisiaj”, maj-czerwiec 2020, s. — Tak! Kot, pies, wogóle coś co może drapać lub gryźć, byle tylko było niebezpieczne i parszywe. Chory tygrys najbardziej by pana uszczęśliwił. Nawpół żywy tygrys; mógłby pan się nad nim rozczulać, a potem wtrynić go jakiemuś nieborakowi który od pana zależy, żeby go biedak pielęgnował i niańczył za pana. A jak na tem wyjdzie ów biedak, to pana nic nie obchodzi. Niech go tygrys rozszarpie czy pożre! Nie ma pan krzty litości dla ofiar swego piekielnego miłosierdzia, to się po panu nie pokaże. Czułe pana serce boleje tylko nad tem co jadowite i drapieżne. Przeklinam dzień, kiedy litościwe pana oczy spoczęły na tym człowieku. Przeklinam... — No, no! no, no! — pomrukiwał Lingard pod wąsem. Almayer, który aż się zachłysnął od gadania, odetchnął głęboko i ciągnął dalej: — Tak! Zawsze ta sama historja. Zawsze. Jak tylko sięgnę pamięcią. Chyba pan sobie przypomina? Naprzykład ten zagłodzony pies, którego pan przyniósł na pokład w Bangkoku. Przyniósł go pan własnoręcznie, do licha! Wściekł się na drugi dzień i pokąsał seranga. Nie powie mi pan chyba że pan zapomniał. Najlepszy ze wszystkich pana serangów! Sam pan to mówił, kiedy pan nam pomagał przywiązać go do barjery, chwilę przedtem nim dostał ataków i umarł. Może tak nie było? Wszystko to przez pana... Ten człowiek zostawił dwie żony i mnóstwo dzieci. A wówczas w cieśninie Formozkiej, kiedy pan zboczył z drogi i naraził statek na rozbicie, żeby wyratować kilku Chińczyków z tonącej dżonki? To był także pyszny interes, co? Dwa dni nie minęły, a te psiakrew Chińczyki urządziły panu bunt. Ci biedni rybacy to byli poprostu zbóje. Pan wiedział że to są zbóje, ale podpłynął pan do brzegu wśród burzy, mając ląd od nawietrznej — bo zachciało się panu ich wyratować. Istne szaleństwo! A wiem, że gdyby nie byli łotrami — skończonymi łotrami — nie narażałby pan dla nich statku na rozbicie. Nie narażałby pan życia swych marynarzy — których pan tak kochał — i swego własnego. Czy to nie warjactwo? W dodatku nie postąpił pan uczciwie. Przypuśćmy że byłby pan utonął. Znalazłbym się wówczas w rozkosznem położeniu, sam na sam tutaj z tą pańską adoptowaną córką. Obowiązkiem pana było myśleć przedewszystkiem o mnie. Ożeniłem się z tą dziewczyną, bo pan obiecał zapewnić mi przyszłość, pan wie o tem doskonale. A w trzy miesiące później wyrżnął pan taki wściekły kawał — i to jeszcze dla bandy Chińczyków. Dla Chińczyków! Pan nie ma poczucia moralności. Mógł pan jak nic mnie zrujnować dla tych morderców, tych zbójów! W końcu trzeba ich było wyrzucić za burtę, kiedy zabili kilku ludzi z pana załogi — ukochanej pana załogi! I pan uważa że to jest uczciwe? — No, no! — pomrukiwał Lingard, żując nerwowo niedopałek zgasłego cygara i patrząc na Almayera, który rozbijał się gwałtownie po werandzie. Stary żeglarz przypominał zupełnie pasterza przyglądającego się ulubionej owcy ze swego posłusznego stada, owcy, która rzuca się nań raptem we wściekłym buncie. Twarz miał skłopotaną, pełną gniewu i pogardy, a jednak zlekka ubawioną; był przytem trochę urażony, jakby strojono zeń przykre żarty. Almayer nagle zamilkł; skrzyżowawszy ręce na piersi, pochylił się naprzód i znów zaczął mówić. — Ładnie byłbym wtedy wyglądał! A wszystko dlatego, że pan tak idjotycznie lekceważy swe bezpieczeństwo. Lecz nie miałem o to żalu. Znam pana słabe strony. Ale teraz — kiedy o tem wszystkiem pomyślę! Teraz jesteśmy zrujnowani. Zrujnowani! Zrujnowani! Moja biedna Nina. Zrujnowani! Trzasnął się po udach, zaczął chodzić tu i tam drobnemi krokami, wreszcie chwycił krzesło, postawił je z hukiem przed Lingardem i siadł, wpatrując się posępnie w starego marynarza. Lingard, odwzajemniając niewzruszenie jego wzrok, zapuszczał powoli rękę do różnych kieszeni, wyłowił w końcu pudełko zapałek i wziął się do starannego zapalania cygara; obracał je w kółko między wargami i ani na chwilę nie spuszczał wzroku ze zrozpaczonego Almayera. Wreszcie przemówił spokojnie z za chmury tytoniowego dymu: — Gdybyś bywał w tarapatach równie często jak ja, mój chłopcze, nie zachowywałbyś się w taki sposób. Nie jeden raz bankrutowałem. No i jestem tutaj, jak widzisz. — Tak, jest pan tutaj — przerwał Almayer. — Wiele mi z tego przyjdzie. Gdyby pan znalazł się tu przed miesiącem, byłoby się to na coś przydało. Ale teraz!... Mógłby pan sobie być o tysiąc mil. — Wymyślasz jak pijana przekupka — rzekł Lingard pogodnie. Wstał z krzesła i podszedł zwolna ku barjerze werandy. Podłoga zatrzęsła się, cały dom zadrżał pod ciężkim jego krokiem. Przez chwilę stał tyłem do Almayera, rozglądając się po rzece i lesie na wschodniem wybrzeżu, potem odwrócił się i spojrzał łagodnie na Almayera. — Bardzo tu pusto dziś rano. Co? Almayer podniósł głowę. — Aha! spostrzegł pan to, doprawdy? Ja myślę że tu jest pusto! Tak, kapitanie Lingard, pana czas w Sambirze już minął. Zaledwie przed miesiącem ta weranda byłaby pełna ludzi przybywających aby pana powitać. Wchodziliby na te schody, szczerząc zęby i bijąc pokłony — i panu i mnie. Ale nasz czas już minął. I nie z mojej winy. Tego pan powiedzieć nie może. To ten łotr, ten pana gagatek tak się spisał. Udał się panu! Szkoda że go pan nie widział na czele tego psiakrew tłumu. Byłby pan dumny ze swego dawnego faworyta. — Zdolny szelma — mruknął Lingard w zamyśleniu. Almayer zerwał się z okrzykiem. — I to wszystko co pan ma do powiedzenia! Zdolny! O Chryste Panie! — Nie rób z siebie błazna. Siadaj. Porozmawiajmy spokojnie. Chcę się o wszystkiem dowiedzieć. Więc to on nimi kierował? — Był duszą tego wszystkiego. Wprowadził na rzekę statek Abdulli. Trzymał w ręku wszystko i wszystkim rozkazywał — rzekł Almayer, który usiadł znów z miną zrezygnowaną. — Kiedy się to stało — dokładnie? — Szesnastego doszły mnie pierwsze słuchy że okręt Abdulli jest na rzece; z początku nie chciałem wierzyć. Nazajutrz już wątpić nie mogłem. U Lakamby odbywała się jawnie wielka narada, w której brali udział prawie wszyscy ludzie z Sambiru. Osiemnastego Pan wysp był zakotwiczony w obrębie osady, naprzeciw mego domu. Zaraz, zaraz... Dziś upływa akurat sześć tygodni. — I wszystko to stało się ot tak poprostu? Ni stąd ni zowąd? Nic przedtem nie słyszałeś — żadnego ostrzeżenia. Nic? Nie miałeś pojęcia że coś się dzieje? Et, mój drogi! — Słyszeć, no tak, słyszałem coś nie coś, i to codzień. Przeważnie kłamstwa. Czy tu się słyszy co innego w Sambirze? — Mogłeś kłamstwom nie wierzyć — zauważył Lingard. — Nie powinieneś był wierzyć wszystkiemu co ci opowiadano, nie jesteś żółtodzióbem, który pierwszy raz puścił się w świat. Almayer poruszył się niespokojnie na krześle i powiedział: — Ten łajdak przyszedł tu raz. Nie było go przez parę miesięcy, mieszkał z tą kobietą. Słyszałem tylko o nim czasami od ludzi Patalola, kiedy tu przychodzili. No i pewnego dnia, koło południa, ukazał się na tym dziedzińcu, jakby go wyrzucono z piekła, gdzie jest jego miejsce. Lingard wyjął z ust cygaro i słuchał uważnie; usta miał pełne białego dymu, który wydostawał się przez rozchylone wargi. Po krótkiej chwili Almayer mówił dalej, patrząc chmurnie w podłogę. — Muszę przyznać że wyglądał okropnie. Pewno miał porządny atak malarji. Lewy brzeg jest bardzo niezdrowy. To dziwne że tylko szerokość rzeki... Zapadł w głęboką zadumę, jakby zapomniał o swych krzywdach, rozpamiętując gorzko złe zdrowotne warunki w dziewiczym lesie na tamtym brzegu. Lingard skorzystał ze sposobności aby wydmuchnąć potężny kłąb dymu i cisnął przez ramię niedopałek cygara. — Dalej — rzekł po chwili. — Więc przyszedł do ciebie... — Ale niestety tamten fatalny klimat nie dał mu rady! — ciągnął Almayer, ocknąwszy się — i, jak mówiłem, łajdak zjawił się tu z niesłychaną bezczelnością. Straszył mnie, rzucał mętne pogróżki. Chciał mię przerazić, chciał mię szantażować. Mnie! I — słowo daję! — mówił że panby go poparł. Pan! Czy można sobie wyobrazić podobną bezczelność? Nie rozumiałem dobrze do czego on zmierza. Gdybym był zrozumiał, byłbym mu dogodził. O tak! dostałby w łeb jak się patrzy. Ale skąd mogłem zgadnąć że on potrafi wprowadzić statek na rzekę? Pan zawsze mówił że wejście jest takie trudne. A w gruncie rzeczy było to jedyne niebezpieczeństwo. Z każdym innym kupcem mogłem dać sobie radę, lecz kiedy przybył Abdulla... Ten jego bark jest uzbrojony. Ma dwanaście mosiężnych sześciofuntowych armatek i około trzydziestu ludzi. To dryblasy gotowe na wszystko. Sumatryjczycy z Delli i Acheen. Biją się przez cały dzień, a wieczorem proszą o jeszcze. Ten rodzaj ludzi. — Wiem, wiem — rzekł niecierpliwie Lingard. — Więc naturalnie poczynali sobie z bezczelnością wprost niemożliwą, kiedy statek zakotwiczył się naprzeciw naszego pomostu. Sam Willems wprowadził go na najlepsze leże. Widziałem z werandy jak stał na dziobie razem z szyprem metysem. Ta kobieta była tam również. Tuż przy nim. Podobno zabrali ją na pokład z posiadłości Lakamby, bo Willems powiedział że bez niej nie pojedzie. Szalał i wściekał się. Pewno ich zastraszył. Musiał się w to wdać Abdulla. Przyjechała sama czółnem i jak tylko znalazła się na pokładzie, upadła Willemsowi do nóg wobec całej załogi, objęła jego kolana, płakała, mówiła od rzeczy, błagała go o przebaczenie. Ciekaw jestem dlaczego? Wszyscy gadają o tem w Sambirze. Nigdy nic podobnego nie widzieli i nie słyszeli. Mówił mi o tem wszystkiem Ali, który chodzi po osadzie i przynosi mi wiadomości. Powinienem przecież wiedzieć co się dzieje — prawda? O ile mogłem zrozumieć, wszyscy ich uważają — jego i tę kobietę — za coś tajemniczego, niepojętego. Niektórzy mają ich za obłąkanych. Mieszkają oboje ze starą kobietą za kampongiem Lakamby i są otoczeni wielkim szacunkiem — a raczej lękiem. Przynajmniej on. Bardzo jest gwałtowny. Ona nie zna nikogo, nie widuje nikogo, nie chce mówić do nikogo poza nim. Nie opuszcza go nigdy ani na chwilę. Wszyscy o nich gadają. Słyszałem także inne pogłoski. Z tego co mówią, przypuszczam, że ten łajdak znudził się już Lakambie i Abdulli. Opowiadają że odjedzie na Panu Wysp, kiedy statek wyruszy stąd na południe; że będzie czemś w rodzaju agenta Abdulli. W każdym razie Willems musi statek wyprowadzić. Metys tego jeszcze nie potrafi. Lingard, który dotąd słuchał z uwagą, zaczął teraz chodzić miarowo po werandzie. Almayer zamilkł i wodził oczami za starym marynarzem, który spacerował tam i napowrót rozkołysanym krokiem jak po pokładzie, szarpiąc i kręcąc długą, białą brodę; twarz miał skłopotaną i zamyśloną. — Więc najpierw przyszedł do ciebie, co? — spytał Lingard, nie przestając chodzić. — Tak. Mówiłem panu. Przyszedł, przyszedł. Żeby wyłudzić pieniądze, towary — i czy ja wiem co. Chciał założyć handel — świnia! Kopnąłem jego kapelusz ze schodów, i wyniósł się za nim, i potem już go nie widziałem, póki się nie pokazał z Abdullą. Skądże miałem wiedzieć że on może taką szkodę wyrządzić — że wogóle może nam szkodzić. Każdą miejscową ruchawkę mogłem łatwo stłumić własnymi ludźmi przy pomocy Patalola. — Ach tak! Patalolo. On jest do niczego, co? Czy się wogóle do niego zwracałeś? — Ma się rozumieć! — wykrzyknął Almayer. — Poszedłem do niego dwunastego. To było na cztery dni przed wejściem Abdulli na rzekę. Tak, tego dnia kiedy Willems chciał mnie naciągnąć; czułem się potem trochę nieswojo. Patalolo zapewnił mię, że nie ma człowieka w Sambirze, któryby mnie nie kochał. Wyglądał mądrze jak sowa. Mówił mi żeby nie słuchać kłamstw złych ludzi z dołu rzeki. Miał na myśli tego Bulangiego, który mieszka niedaleko ujścia; to właśnie on mi przysłał wiadomość że obcy statek jest zakotwiczony na morzu; powtórzyłem to oczywiście Patalolowi. Nie chciał wierzyć. Mruczał wciąż: „Nie! Nie! Nie!“ jak stara papuga; głowa mu się trzęsła i cały był umazany sokiem z betelu. Pomyślałem odrazu że dzieje się z nim coś szczególnego. Wydał mi się jakiś taki niespokojny, jakby się chciał mnie pozbyć. No więc następnego dnia ten jednooki złoczyńca co to mieszka u Lakamby — jak mu tam — Babalaczi, zjawił się tu we własnej osobie. Przyszedł koło południa, niby przypadkiem, i stał na werandzie, gawędząc o tem i owem. Pytał kiedy się pana spodziewam i tak dalej. Potem rzekł mimochodem, że bardzo im się naprzykrzył — Babalacziemu i jego panu — okrutny biały człowiek, mój przyjaciel, który włóczy się za tą kobietą, córką Omara. Pytał mnie o radę. Był pełen szacunku i zachowywał się bardzo przyzwoicie. Powiedziałem mu że ten biały nie jest moim przyjacielem, i że najlepiej wziąć go za kark i wyrzucić. Na to odszedł wśród salaamów, zapewniając o swej przyjaźni i życzliwości swego pana. Teraz naturalnie już wiem że ten czarny djabeł przyszedł na przeszpiegi i odmówił kilku moich ludzi. W każdym razie brakowało mi trzech przy wieczornej zbiórce. To mnie zaniepokoiło. Nie śmiałem zostawić domu bez straży, pan przecież wie jaka jest moja żona. A że nie chciałem brać z sobą dziecka — godzina była późna — więc posłałem gońca do Patalola z tem że powinniśmy się naradzić, że obiegają różne pogłoski i że w osadzie jest niepokój. Wie pan jaką dostałem odpowiedź? Lingard przystanął nagle przed Almayerem, który po efektownej pauzie mówił dalej z coraz większem ożywieniem: — Przyniósł ją Ali: „Radża śle przyjazne pozdrowienie i listu nie rozumie“. To było wszystko. Ali nie mógł z niego wydobyć ani słowa więcej. Widziałem że Ali porządnie jest nastraszony. Przygotował mi hamak i kręcił się po werandzie. Przed samem odejściem wspomniał, że w posiadłości radży brama od strony rzeki jest mocno zaryglowana, a na dziedzińcu widział bardzo niewielu ludzi. Wreszcie rzekł: „W domu naszego radży jest ciemno ale niema tam snu. Tylko mrok, i strach, i zawodzenie kobiet“. Przyjemne, co? Poczułem że zimny dreszcz zbiega mi po grzbiecie. Ali wysunął się a ja stałem tu, przy tym stole, i słuchałem krzyków i bębnienia w osadzie. Hałasowali jak najęci. Było wtedy trochę po północy. Almayer przerwał znów opowiadanie i zacisnął usta, jakby nie miał już nic do powiedzenia, a Lingard stał, wpatrzony w niego, zadumany i milczący. Wielka błękitna mucha wleciała zuchwale na chłodną werandę i wpadła z głośnym brzękiem między obu mężczyzn. Lingard zamierzył się na nią kapeluszem. Mucha poleciała w bok i Almayer uchylił przed nią głowy. Potem Lingard machnął znów kapeluszem bez skutku, Almayer zaś porwał się i zaczął wywijać rękami. Mucha brzęczała rozpaczliwie; drganie maluchnych skrzydełek dźwięczało wśród spokoju wczesnego ranka, jak daleka smyczkowa orkiestra towarzysząca głuchemu, energicznemu tupaniu obu mężczyzn. Zawzięli się na natręta; to zadzierali głowy, wywijając ramionami wysoko, to znów schylali się z wściekłym rozpędem. Lecz brzęczenie zamarło nagle w cieniutkim trylu wśród otwartej przestrzeni dziedzińca, zostawiając Lingarda i Almayera twarzą w twarz w chłodnej ciszy poranka; stali obaj bezczynnie z opuszczonemi ramionami, jakby skłopotani i zniechęceni złowróżbną przegraną. — Widzicie ją! — mruknął Lingard. — A jednak uciekła. — To nieznośne — rzekł Almayer takim samym tonem. — Pełno ich na wybrzeżu. Ten dom jest źle położony... moskity... te wielkie muchy... zeszłego tygodnia jedna ugryzła Ninę... dziecko chorowało cztery dni... biedactwo... Chciałbym wiedzieć na co te paskudztwa są stworzone! Dawno, dawno temu, stała pusta świątynia na odległej górze. Pewnego dnia zaszedł tam młody mnich. Widząc niezamieszkaną świątynię, wyczyścił ją dokładnie i osiadł w niej. Codziennie zgłębiał sutry, medytował i utrzymywał ją w dobrym stanie. Każdego dnia zbierał również wodę z rzeki u podnóża góry. To było proste życie w pokoju i na górzePewnego dnia przybył inny mnich. Był chudy i wysoki. Przeszedł długą drogę i był bardzo spragniony. Wszedł do świątyni i poprosił młodego mnicha o coś do picia. Gospodarz zaprowadził go do dużej beczki, wziął kielich zapełniwszy wcześniej wodą i podał mu. Wysoki mnich wypił wszystko za jednym razem. Jednak kielich nie wystarczył i wypił jeszcze kilka, zanim całkowicie zaspokoił pragnienie. Teraz młody mnich zajrzał do beczki. Wpadł we wściekłość, ponieważ prawie nie było wody. Przyniosłem wodę z daleka, powiedział wysokiemu mnichowi. Teraz, gdy wypiłeś tak dużo, musisz iść i przynieść dla mnie trochę, zażądał, przekazując mu kij i dwa wysokiego mnichaJego słowa zawstydziły chudego mnicha, który od razu podniósł wiadra. Zrobił kilka kroków, jednak odwrócił się i powiedział: Wziąłem tylko pół baryłki wody, dlaczego mam nosić dwa wiadra dla ciebie? To niesprawiedliwe. Nie pójdę – powiedział do młodego mnicha, a więc obaj mnisi wdali się w kłótnię i żaden z nich nie chciał ustąpić. Nie znaleźli rozwiązania, usiedli odwróceni do siebie plecami i zaczęli ostentacyjnie intonować powoli zachodziło. Minęło pół dnia, a mnisi i nie mieli wody do picia, chociaż obaj odczuwali pragnienie w tak gorący dzień. Wtedy młody mnich wpadł na pomysł. Chodźmy i przynieśmy ze sobą trochę wody razem. Wysoki mnich się zgodził. Podniósł drążek do noszenia i wiadro, ruszyli. Zaczekaj – powiedział młody mnich. Wbiegł do świątyni i wyszedł z linijką. Zmierzył ostrożnie drążek i zrobił znak pośrodku. Zawieźmy tutaj wiadro, abyśmy oboje nieśli ten sam ciężar. Obaj wyruszyli z wielką z warzywamiWysoki mnich także zamieszkał w świątyni. Każdego dnia obaj siedzieli obok siebie, by medytować i intonować sutry. Czyścili pomieszczenia i przynosili wodę razem. Zaczęli uprawiać kawałek ziemi, aby hodować warzywa. Równie dzieląc się wszelkimi pracami. Żyli ze sobą w dnia do świątyni przyszedł gruby mnich. Zmęczony i spragniony, przyszedł odpocząć i poprosić o wodę do picia. Po dotarciu do beczki zaczął pić jak ryba. W mgnieniu oka wypił całą wodę. Młody mnich i wysoki wpadli we wściekłość. Teraz, kiedy zużyłeś już wodę, musisz przynieść dla nas trochę – powiedzieli trzeciemu. Nie wydając ani jednego słowa, gruby mnich poszedł do rzeki i przyniósł z powrotem dwa wiadra wody. Jednak zmęczony i spragniony pracą, natychmiast wypił całą wodę, którą właśnie wlał do trzech mnichówMnisi spojrzeli na siebie, nie mając pojęcia, co dalej robić. Musisz znowu iść – młody mnich i szczupły powiedzieli grubemu. Nowy przybysz się nie zgodził Nie ma mowy! Nie jestem waszym wodnym dostawcą! Trójka popadła w kłótnię i na koniec nawet przestali na siebie patrzeć. Wkrótce miało zrobić się ciemno, a mimo to w beczce nie było ani kropli wody. Żaden z trójki nie poszedł po wodę, chociaż wszyscy byli dwa dni. Wszyscy trzej mnisi byli ogromnie spragnieni. O zmierzchu nagle rozległ się grzmot. Nadchodził deszcz! Rozradowani mnisi podnieśli miseczki, chochle i wiadra i wybiegli ze świątyni, mając nadzieję zebrać trochę deszczówki, aby zaspokoić swoje pragnienie. Ku ich rozczarowaniu silny wiatr podniósł się i rozgonił ciemne chmury. Nie spadła ani jedna na deszczZawiedzeni mnisi wrócili i usiedli w świątyni liżąc swoje popękane usta. Pragnienie powodowało zawroty głowy i pozbawiło ich energii do intonowania sutr. Nie mieli siły aby posprzątać salę modlitewną i pracować w ogródku. Nadeszła noc. Trzej mnisi siedzieli bezmyślnie wokół słabo oświetlonej lampy naftowej. Szczur zakradł się do ich pokoju. Ale żaden z nich nie zadał sobie trudu, by go odepchnąć. Szczur stał się bardziej odważny, ponieważ nie spotkał się z reakcją mnichów. Podskoczył w stronę lampy, gotów wykraść z niej odrobinę oliwy. Przypadkowo ją strącił i podpalił sukno, które zakrywało stół z kadzidłami. Ogromny ogień zaczął rozprzestrzeniać się po całej Ogień! Zaskoczeni mnisi rzucili się, by z nim walczyć. Ale w beczce nie było wody. Co mogli zrobić? Jedynym sposobem było sprowadzenie wody z rzeki u podnóża góry. Każdy podniósł wiadro i zbiegli po zboczu góry. Nikt nie śmiał być leniwy, nawet na sekundę. Widząc, że młody mnich biegł trochę wolniej, wysoki pomógł mu, przejmując jego ładunek, aby mogli poruszać się szybciej. Tymczasem gruby mnich niósł ze sobą dwa śmiechW końcu zgasili ogień, a świątynia została uratowana. Z trudem łapiąc oddech, trzej mnisi padli na ziemię. Spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem. Podczas pożaru ich twarze poczerniały od dymu i teraz jedyne, co mogli zobaczyć, to mrugające oczy. Wypadek z pewnością nauczył ich czegoś nie będą już zaniedbywali swoich obowiązków. Codziennie intonowali sutry, siedzieli pogrążeni w medytacji, czyścili pokoje w świątyni i pracowali razem na działce pełnej warzyw. Byli pewni, że będą sobie wzajemnie pomagać i na zmianę przynosić wodę z rzeki. Od tego czasu beczułka zawsze była pełna Chodak霍达克 彼得 / Stronę CHINY to LUBIĘ stworzyłem z pasji do Chin, nowych technologii i dziennikarstwa. Dzięki temu już od 2013 r. udaje mi się prowadzić przestrzeń dla miłośników Państwa Środka. / Adres e-mail: @ Powracam do cyklu religie świata. Trochę mi to zajęło, ale lepiej późno niż wcale. :) Dzisiaj podzielę się z wami moją wiedzą odnośnie wierzeń, które mnie bardzo inspirują, a będą to wierzenia chińskie. Ze względu na długość, postanowiłam podzielić wpis na dwie części. Na drugą zapraszam już nie długo. Osoby zainteresowane buddyzmem, taoizmem i konfucjanizmem muszą niestety poczekać na osobne wpisy, ten jest bowiem poświęcony wierzeniom pierwotnym starożytnych Chińczyków. Niemniej jednak trudno jest oddzielić te wszystkie systemy filozoficzno-religijne, także o tych trzech systemach też pokrótce wspomnę. Chiny to fascynujący kraj, obszar trzydziestokrotnie większy od powierzchni Polski, który zamieszkuje prawie 2 miliardy ludzi, co stanowi to niemalże ¼ całej światowej populacji. Kraj o takim obszarze i z taką liczbą mieszkańców, nie może charakteryzować się ujednoliconym systemem wierzeń. Trudno byłoby również narzucić jedną religię tak olbrzymiej społeczności. Oczywiście na początku swego istnienia, państwo chińskie nie posiadało tak dużego terytorium jak w chwili obecnej, również liczba ludności była znacznie mniejsza. Każda prowincja miała swoje tradycje, praktyki religijne czy język. Niemniej jednak kultura chińska jest zwykle uogólniana, znana z rozbudowanej astrologii, konfucjanizmu, taoizmu, buddyzmu, hucznego Nowego Roku, który obchodzony jest na przełomie stycznia i lutego. Buddyzm Konfucjanizm Taoizm Chiny to kraj, który jako jeden z niewielu, posiada stare kroniki odnotowujące historię kraju od początku jego istnienia. Nie może się pochwalić tak starymi pismami jak chociażby Egipt, ale plasuje się na zdecydowanie wyższym miejscu niż np. Polska (jeśli chodzi o rozwój państwowości, języka, pisma czy myśli filozoficznej). Ilość kronik oraz bardzo bogata kultura powinna ułatwić badaczom religii zgłębianie wiedzy na temat pierwotnych wierzeń Chińczyków. Jednakże olbrzymi obszar tego kraju, znacznie utrudnia opis wierzeń pierwotnych. Początkowo poszukiwałam inspiracji w mitologii, ta jednak jest ściśle powiązana z taoizmem oraz przede wszystkim buddyzmem. Mówiąc o wierzeniach w Chinach, trudno jest pominąć kwestię tych trzech najważniejszych religii. Dlaczego? Otóż w kulturze chińskiej stanowią one w zasadzie jedną całość, co świetnie oddają przysłowia chińskie takie jak: „trzy religie w istocie jedną religią” „tak jak kwiat lotosu, jego liście i owocnia wyrastają ze wspólnego korzenia, tak samo trzy wielkie religie wywodzą się z tego samego źródła”. W pewnych momentach w historii Chin, to taoizm był religią narodową, z drugiej strony naukowcy zaznaczają, że konfucjanizm odegrał najważniejszą rolę w życiu Chińczyków. Jak to wygląda obecnie? Jeśli urodzi się dziecko, to ”wyświęcają je” kapłani taoistyczni, obrzędy ślubne odbywają się zgodnie z regułami konfucjanizmu, a pogrzeby buddyzmu. Oczywiście jednym z głównych problemów tych trzech wierzeń jest dokładne określenie ich istoty bycia religią (ale o tym kolejnym razem). Pomimo tego, że Chińczycy faktycznie prowadzili dość staranne kroniki, ograniczone one był tylko do terenów zajętych przez ówczesne władze, natomiast na terenach mniej ważnych, a które obecnie należą do terytorium Chin, nie spisywano wydarzeń i tradycji, wierzeń, kultury. W niektórych przypadkach można się tylko domyślać, że wyglądało to tak, jak w samym centrum kraju. Trudno jest więc dokładnie określić wierzenia poszczególnych prowincji. Podejście Chińczyków do religii znacznie różni się od tego, które mają Polacy. Chińczycy okazują się być znacznie bardziej praktycznym narodem, który nie przywiązuje wagi do ortodoksji religijnej. Nie bierze wszystkiego co podają mu na tacy, lecz po prostu adaptują te kwestie, które wydają się odpowiednie i sprzyjają moralności. Nie przejmowali się zagadnieniami dogmatycznymi i teologicznymi. Liczyła się tylko tak zwana efektywność etyczna, czyli np. dobro rodziny, społeczeństwa i państwa. W związku z tym możliwe jest w Chinach jednoczesne istnienie kilku religii oraz ateizmu. I tak np. z danych z 2008 roku wynika, że ponad 50% społeczeństwa to ateiści lub agnostycy. W chwili obecnej trzy najważniejsze religie (filozofie) przemieszały się, w wyniku czego w Kraju Środka zapanował chaos synkretyczny, zawierający również elementy od dawna obecne w wierzeniach chińczyków. Jakie? od zawsze świat, czyli człowiek i przyroda stanowią jedną całość; brak wymiar nadprzyrodzonego; wszelkie duchy i bóstwa mają charakter immanentny, czyli nieodzownie związany z naturą; w świecie działają dwie siły energetyczne dodatni Jang i ujemny Ing. Czyli dwa przeciwstawne elementy równocześnie stanowiące całość. Jang – niebo, mężczyzna, aktywność, dominacja, twardość, czystość, jasność In – ziemia, kobieta, bierność, uległość i wiele innych. Już w 8 stuleciu czyli zanim wykształcił się taoizm czy konfucjanizm, walka tych dwóch pierwiastków uważana była za źródło wszelkich zmian na świecie. Wiara w Jang i In bardzo wpłynęła na życie Chińczyków, od zarania dziejów wierzą oni, że ich ruchy i zmiany wynikają ze sprzeczności, że wszystkie działania, zmiany prowadzą do równowagi. Należy więc unikać przesady, zachować umiar i cierpliwość. Skoro jesteśmy przy In i Jang, należy poruszyć kolejną ważna kwestię, a w zasadzie dzieło, czyli Yijing – Księgę przemian. Dla Chińczyków jest czymś więcej niż Iliadą dla Greków, jest w zasadzie jak Biblia dla Chrześcijan. Yijing – to najstarsza księga mądrości Chińczyków. Do dziś stanowi swego rodzaju przewodnik w życiu codziennym, służy jako księga wróżbiarska, księga porad. Jest głównym odniesieniem i wyznacznikiem podejścia do życia i moralności Chińczyków niezależnie od wiary czy przekonań. Księga ta, jest również podstawą dla taoizmu i konfucjanizmu. Księga była i jest używana do wróżb, które w starożytnych Chinach pełniły wyjątkową rolę przy sprawowaniu władzy, organizowaniu ceremonii, wypraw wojennych itd. W Chinach nie było nigdy Boga samego w sobie, jednakże w przedhistorycznych Chinach miało istnieć pojęcie Boga osobowego - Pana na Wysokości, czyli Szang Ti - co oznaczało wolę ogółu duchów zmarłych przodków, a pojęcie to było według źródeł popularne przed XI wiekiem Szang Di czy Ti był nie tylko Bogiem, ale również założycielem dynastii Szang, królowie tej dynastii byli równocześnie szamanami, którzy posiadali szczególną władzę magiczną. Inne źródła podają natomiast, że Szang Di to wszyscy przodkowie władcy. Porozumiewali się oni ze światem duchów, a taniec i różnego rodzaju praktyki wróżbiarskie służyły królowi do sondowania woli przodków, pytania kierowano zwłaszcza do założyciela dynastii a zarazem Boga. Natomiast w późniejszym okresie, gdy władzę przejęła kolejna dynastia, pojęcie to uległo zmianie, a ten sposób powstał nieosobowy Bóg – Tien co oznacza niebo, który panował nad porządkiem świata, a z woli nieba panował Cesarz, który był jego synem. Ten swoisty kult nieba rozpowszechniony był na całym terytorium Chin jak również w chińskich prowincjach. Oczywiście nie należy kojarzyć Nieba z nieboskłonem samym w sobie, Bóg był bezosobowy, był materią, którą jakoś próbowano wytłumaczyć. Jednakże w początkowych latach panowania nowej dynastii, stara władza i ich wierzenia nadal miały swoich zwolenników, w związku z tym jak zaznacza Federico Avanzini w książce „Religie Chin”, utrzymanie jednocześnie dwóch różnych przekonań było nie możliwe, dlatego utożsamiana Szang Ti z Tien. Władca był synem niema czyli Tien Zi i jego prawowitym reprezentantem na ziemi. Ale pozyskanie władzy nie było tak oczywiste. Równie szybko można było stracić ten tytuł, co go zyskać. Działo się tak, gdy na przykład władca był niegodny. W wyniku takich zasad, władza królewska nie była dziedziczona, a funkcję szamana przejął – fangshi, który od tej pory odpowiadał za wróżby i egzorcyzmy. Innymi bóstwami czczonymi niegdyś w Chinach, obok nieba oczywiście było słońce, księżyc i gwiazdy. Kolejne bóstwo to sama ziemia, góry, rzeki, gleba i ziarno, jak również wszystkie zjawiska typu powodzie, susze, trzęsienia ziemi. Kolejne bóstwa to wiatr i deszcz, ciepło i zimno, pioruny i błyskawice, cztery pory roku i cztery strony świata. Również należało czcić bóstwo „domu, a w zasadzie pięć jego elementów, czyli bramę, drzwi, mur, ognisko domowe czy dziedziniec. Chiński znak na niebo Obok kultu nieba dużą rolę odgrywały praktyki animistyczne, w zwierzętach, roślinach, rzekach, górach i innych zjawiskach czy rzeczach dostrzegano siły duchowe, które należało przekupić ofiarami lub zabezpieczyć się przed nimi magią oczywiście. Najpopularniejszym kultem obecnym w Chinach był kult smoka, który jest bóstwem i symbolem szczęścia. Z drugiej strony obawiano się złowieszczych lisów. Które według legend potrafiły zmienić się w człowieka i mogły wyrządzić ludziom wiele szkód. Wiara w złą naturę lisa ukazuje nam jak bardzo Chińczycy wierzyli w zabobony i przesądy. Jak wcześniej wspomniałam w pewnych zjawiskach lub zwierzętach widziano złe duchy przeciwko którym stosowano magię. Oprócz zaklęć czy przekupienia ducha stosowano pewien kręty zabieg. Linia prosta miała ułatwić duchom dojście, dlatego też budowano kręte drogi, a dachy domów wyginano na krajach. W ten sposób istota charakterystycznych chińskich dachów została wyjaśniona. Równie popularne były amulety, które do dziś towarzyszą Chińczykom. Wieszają je na drzwiach domów, aby duchy nie mogły się do nich przedostać. Duchy obecne we wszystkim co żyje, czy duchy przodków musiały być uzupełniane przez demony, czyli te duchy, które należało przekupić lub ich unikać. Demony istniały lokalnie lub na terenie całego kraju, analizując kulturę i tradycję innych krajów Azji, szczególnie Azji Południowo-Wschodniej możemy zauważyć ich przekazy ustne i liczne tradycje, opowiadania pełne są różnego rodzaju duchów prześladujących ludzi, lub takich, które im pomagają. Talizman ze znakiem na miłość Talizman z monet Wiara w duchy nieodzownie łączy się z kultem przodków czyli manizmem. Animizm popularny był wśród prostej ludności, natomiast manizm przeważał w śród bogatszych rodów, które przywiązywały dużą wagę do kultu przodków budując między innymi charakterystyczne chińskie świątynie przydomowe. Oczywiście ludzie biedniejsi również oddawali cześć swoim przodkom, ograniczając się jednak tylko i wyłącznie do małych ołtarzyków w domu. Chińczycy poświęcali dużą uwagę na cześć składaną przodkom, liczne nabożeństwa wykonywane zwykle przez przywódców rodów, naczelników gmin, prowincji czy samego cesarza. Takie nabożeństwa nie było wykonywane przez kapłana, ponieważ w Chinach nigdy nie wykształcił się stan kapłański. Oczywiście zmarłym oddawano nie tylko cześć, pełnili oni bardzo ważną rolę, w życiu codziennym. Np. przed podjęciem ważnej decyzji należało skonsultować się z duchami przodków. Pomimo tego, że animizm i manizm czyli wiara w duchy jest podstawą wierzeń chińskich, sama koncepcja duszy nieśmiertelnej i zmartwychwstania ciała była w Chinach nieznana. Życie pozagrobowe jest niejako trwaniem zmarłego w dwojaki sposób. Może to być rozwój biologiczny jego potomstwa czy też pamięć żyjących pokoleń. Czyli człowiek umiera cały, przestaje istnieć, a za razem ciągle żyje w genach i pamięci przodków. Reprezentacja Polski siatkarzy zrehabilitowała się po porażce z Iranem i w drugim meczu ostatniego turnieju Ligi Narodów w Gdańsku pokonała Chiny 3:0 (26:24, 25:16, 25:18), dominując nad rywalem pozwoliło im awansować na pierwsze miejsce w – Chiny 3:0 (26:24, 25:16, 25:18)Polska: Łukasz Kaczmarek, Karol Kłos, Jakub Kochanowski, Kamil Semeniuk, Tomasz Fornal, Jan Firlej, Jakub Popiwczak (libero) oraz Marcin Janusz, Karol Butryn, Mateusz BieniekChiny: Yuantai Yu, Yaochen Yu, Zhengyang Jiang, Shikun Peng, Guanhua Zhang, Jingyin Zhang, Yiming Yang (libero) oraz Binglong Zhang, Dangyi Yuan, Tianyuan Yang (libero)Reprezentacja Polski, pewna gry w turnieju finałowym (20-24 lipca w Bolonii), podeszła do meczu po porażce z Iranem 2:3 w swoim pierwszym meczu w Gdańsku. Chińczycy natomiast wcześniej ulegli Holendrom 0: Jingyin Zhanga oraz Guanhua Zhanga pozwoliły siatkarzom z Chin lepiej wejść w mecz (6:3). Po błędzie Jakuba Kochanowskiego, a także efektownym ataku Jingyin Zhanga dystans wzrósł (5:11). Dwa asy serwisowe Tomasza Fornala zmniejszyły różnicę (12:14)., jednak już chwilę później przy zagrywce Shikuna Penga Azjaci odbudowali przewagę (18:12). W końcówce biało-czerwoni rzucili się do odrabiania strat – Karol Kłos i Jan Firlej zanotowali blok, Łukasz Kaczmarek oraz Fornal dołożyli punktowe zagrywki i było 24:24. Ostatecznie triumfowali Polacy po kolejnym asie Fornala oraz błędzie Chińczyków (26:24).W drugiej partii po kilku wyrównanych akcjach biało-czerwoni odskoczyli rywalom za sprawą punktowych zagrywek Jakuba Kochanowskiego oraz błędów Chińczyków (11:6). Podopieczni trenera Nikoli Grbica spokojnie utrzymywali prowadzenie, bowiem chociaż ich przeciwnicy byli skuteczni w ataku, to duża liczba prostych pomyłek uniemożliwiała im odrobienie strat. Polacy nie pozwolili już wyrwać sobie zwycięstwa z rąk, a przypieczętował je Mateusz Bieniek dwoma asami serwisowymi (25:16).W trzecią odsłonę ponownie minimalnie lepiej weszli Chińczycy (6:4), jednak po bloku duetu Kochanowski-Kaczmarek było już 6:6. Zepsute przez Azjatów zagrywka oraz atak pozwoliły Polakom objąć prowadzenie (12:10). Dystans wzrósł, gdy Fornal wykorzystał piłkę przechodzącą po zagrywce Kamila Semeniuka (17:14). W końcówce asa dołożył Kochanowski, Fornal wykorzystał kontrę, a Kłos piłkę przechodzącą i biało-czerwoni prowadzili już 22:16. Siatkarze z Chin nie zdołali już zbliżyć się do rywali – polski zespół triumfował 25:18 po asie serwisowym Kaczmarka oraz mocnym ataku za trzy punkty i bez straty seta pozwoliło Polakom awansować na pierwsze miejsce w tabeli. W piątek ( biało-czerwonych czeka przerwa. Następne spotkanie rozegrają w sobotę ( z Holandią, a na zakończenie turnieju zmierzą się w niedzielę ( ze / RL / opr. AKosFot. PAP/Adam Warżawa

było sobie trzech chińczyków